Spoglądając wstecz brakuje mi nadal tego co trochę wcześniej. Chodzi o jedną rzecz: Emocje. Nie mogę pisać sensownie ostatnio, bo staram się znowu na siłę teoretyzować. Zero przekazu emocjonalnego. Gdzie to myślenie sercem i gdzie funkcja terapeutyczna tego dziennika (jest jakaś, ale tylko gdy puszczam wodze). Mogę zawsze spróbować.
Wolne opadanie. Bardzo ważna rzecz. Ostatnio rzadko czuję wolne opadanie i trochę mi tego brakuje. Wolne opadanie to uczucie przepływu chwili. Coś jest, coś mija, coś nie wróci. Moje życie teraz jest chwilami pozbieranymi z przeszłości. Odcinkami marzeń o tym co było. Szare pragnienia naprawienia przeszłości wyznaczają sposób myślenia o teraźniejszości. Zapomniałem o pewnej bardzo ważnej sprawie. Mianowicie: Teraźniejszości nie ma.
W żołądku czuję mały ucisk. Spieszę się. Spieszę się nawet teraz, bo czekają na mnie dwa piwa. Spieszę się generalnie, totalnie i programowo. Spieszę się, by nadszedł już angielski (chwytam się za słówka, a co), potem będę się spieszył do egzaminu, potem do następnego egzaminu, założenia jakiejś rodziny, dziecko, które będzie wyznaczać kolejne stacje między jednym spieszę się, a drugim. Czy to nie jest przerażające? Wiem, że się spieszę, mogę wymienić kolejne rzeczy do których będę się spieszył i mimo, że widzę cały bezsens, cały absurd tego spieszenia się, nawet wtedy nic z tym nie robię i pozwalam by to wszystko zawładnęło mną. To na pewno nie jest opadanie. Pośpiech i jego beznadziejność. Kierat i brak życia emocjonalnego (nie jestem na tyle bezczelny by nazwać te ochłapy emocji „życiem emocjonalnym”).
Napisane w Poszukiwania siebie, Tożsamość | Zostaw Komentarz »
Próbowałem o tym nie myśleć i chciałem do tego się nie odnosić, jednak urosło w mojej głowie kilka myśli które szukają ujścia. Mam tutaj na myśli nasz system polityczny i to do czego zmierzamy w najbliższej przyszłości. Daleki jestem od pomstowania na osoby polityków w naszym kraju. Tym bardziej jakoś nie chce mi się wierzyć w skrajne teorie spiskowe o nowym porządku światowym. Zaletą tych teorii jak i ogólnego narzekania jest to, że skłaniają do myślenia, buntu przeciwko złu oraz poszukiwania lepszych rozwiązań. Wadą ich jest to, że dzielą swoich wyznawców na frakcje „wierzące” bądź „wyznające” te lub inne paradygmaty takich teorii. W efekcie stają się wentylem bezpieczeństwa w systemie. Ludzie z dużym potencjałem intelektualnym kłócą się między sobą czy Amerykanie wylądowali faktycznie na księżycu jakby od tego miało cokolwiek zależeć. Nie twierdzę, że poszukiwanie prawdy jest zajęciem nie wartym poświęcenia mu czasu. Jednak niektóre kwestie nie są kluczowe i można nad nimi przejść do porządku dziennego w imię zmiany tu i teraz na lepsze.
Politycy i ich partie to także bardzo wdzięczny temat zastępczy. Cała para politycznego zainteresowania obywateli idzie w gwizdek partyjnych przepychanek. Ludzie kręcą się w kółko lub podążają za odwiecznym wyborczym wahadłem, któremu rytm wyznaczają kadencje władz, gubiąc istotę problemu.
Istotą jest to, że nasz system ewoluuje bez żadnej kierującej nim rozumnej siły. Miast być głęboko przemyślanym porządkiem społecznym jest sumą niezliczonych kompromisów zawieranych w imię krótkoterminowych korzyści. Całość zaś pędzi przed siebie niczym szalony zwierz bez celu i rozumu. Nasz (polski, a ten na wzór tzw. demokratycznego świata) system polityczny nie jest w żaden sposób „pomyślany”. Należałoby raczej powiedzieć, że jest on wyewoluowany. Jak wiemy ewolucja nie jest logiczna ani celowa. Jej naturą jest, że powoduje przetrwanie organizmu jako całości, ale nie daje żadnej gwarancji na powodzenie, tym bardziej nikt nie jest w stanie przewidzieć kształtu następnej mutacji. Niestety ewolucja ta nie idzie w pożądanym dla nas kierunku. III Rzeczypospolita nie została oparta na dobrych fundamentach. Wolne wybory przeprowadzane wg dającej złudzenie wolności ordynacji stały się przekleństwem obywateli, którym teraz szkoda nawet zelówek na spacer do lokalu wyborczego. Partie mające proponować alternatywne pomysły na państwo, stały się niewolnikami słupków sondaży wyborczych. To zniszczyło jakąkolwiek ideowość ugrupowań politycznych. Lewica promuje rozwiązania liberalne jeśli tylko jest taka społeczna inklinacja, prawica chętnie używa populizmu za radą speców od marketingu politycznego, a centrum – najbardziej bezwyrazowa i nijaka siła polityczna zazwyczaj zawiaduje, nieproporcjonalnie do preferencji wyborczych, dużym zakresem spraw wykorzystując efekt języczka u wagi.
Narzekać na polityków? Karać ich za to jakimi są? Są oni wytworami wadliwego systemu, niczym więcej. Gdyby pan Y nie wykorzystał szansy, zrobiłby to pan X. System promuje lojalność dla wodza, ponieważ wódz decyduje o tym kto zasiądzie w parlamencie, w ministerstwie, w sejmiku, w administracji itd. Lojalność i oportunizm przeciera szlaki na wyżyny, a najbardziej skuteczne jednostki są najbliżej władzy. Rządzenie i tworzenie praw powierzamy ludziom których charakteryzują przymioty jakimi się brzydzimy w codziennym życiu. Czy z tego może wyniknąć coś dobrego? Odpowiedź jest za oknem, na szarej polskiej ulicy.
Często słyszę, że każdy naród ma takiego Napoleona na jakiego sobie zasłużył. Nie wierzę, że jakikolwiek naród mógłby być tak podły jak polski. Coś jest jawnie sprzeczne z logiką w takim stwierdzeniu, gdy wokół siebie widzę samych uczciwych, zdroworozsądkowych , dobrych ludzi, którymi od dziesiątek lat rządzą tak beznadziejni Napoleonowie. To nie jest tak, że ci wspaniali ludzie wybierają beznadziejnych przywódców. Raczej jest tak, że mają złudzenie wybierania, które wpycha im do głów propaganda (celowa czy nie), a przywódcy upaprani w brudzie pilnują przede wszystkim by nikt nie przejął od nich władzy.
Idąc po nitce do kłębka. Do partii wstępują różni ludzie. Niektórzy chcą coś zmienić inni pragną władzy, jeszcze inni pieniędzy. Z tych ludzi w strukturach partii pną się do góry konformiści, oportuniści i zwyczajni kolesie ciągnięci za uszy do góry. Ta negatywna selekcja odsiewa ludzi uczciwych, ideowych i pragnących służyć. Mając do dyspozycji taki panteon „talentów” władze partii wybierają swoich kandydatów na urzędy umieszczając ich na listach wyborczych. Czy można winić ludzi za to, że wybrali łajdaka gdy mieli do wyboru łajdaka albo drania? Jakby tego było mało, to jeśli nawet czasami zdarzy się wśród kandydatów ktoś godny poparcia to jeśli jest na dalszym miejscu na liście wyborczej (ustalanej – przypomnijmy – przez partyjnych tuzów), to głos na niego oddany przyczynia się do wyboru ludzi z pierwszych miejsc na tejże liście. Tak „dobrane” towarzystwo następnie uchwala prawa, w tym prawa ustrojowe, utrzymujące status quo (przede wszystkim ordynacja wyborcza, ale także szereg innych ustaw).
Podsumowując, zamiast powierzać skomplikowaną i trudną rolę kierowania państwem jednostkom wybitnie moralnym (co się stało z tym słowem?), inteligentnym i gotowym do poświęceń, czyniąc z rządzenia zadanie dysjunktywne, pozwalamy by do szczytów władzy dostawały się jednostki o wątpliwej reputacji, ciągle wywołujące skandale, korupcję i, co najgorsze zobojętnienie, czyniąc z rządzenia zadanie koniunktywne.
Wiem, że nie odkryłem tutaj żadnej Ameryki, chcę jednak jeszcze zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, która rzuca mi się ostatnio w oczy. Otóż mamy wiele różnych ruchów, partii czy stowarzyszeń widzących i próbujących szukać odpowiedzi na te patologie. Jednak ludzie są bardzo ostrożni w pomocy takim inicjatywom. Jak długo trwa narzekanie, można liczyć na poparcie i oklaski, jednak z chwilą gdy ktoś proponuje swój własny program, typową reakcją jest nieufność (słusznie!) i zniechęcenie nawet przed przemyśleniem argumentów (niesłusznie!). Agitacja kojarzy się negatywnie, a każdy proponujący zmiany jest utożsamiany z kolejnym kandydatem do koryta. Margines ludzi naprawdę zaangażowanych jest bardzo podzielony. Tworzą go małe partyjki, ruchy i stowarzyszenia celowe, luźno zrzeszone grupki oraz pojedyncze osoby szukające usprawiedliwienia w teoriach spiskowych. Czy społeczeństwo musi naprawdę osiągnąć masę krytyczną niezadowolenia i obrzydzenia do rządzących bo upomnieć się o zmiany? Czy ktoś jest w stanie zagwarantować co wyniknie z kolejnego wybuchu społecznego? Z pewnością znowu nie będzie to nic przemyślanego, i znowu rozpocznie się kolejna złowroga przypadkowa ewolucja molocha w jeszcze jednym wydaniu.
Napisane w Społeczny ja | Otagowane demokracja, ewolucja, moralność, politycy, polityka, społeczeństwo, wybory | Zostaw Komentarz »
Wiki: „Synergia, efekt synergiczny – współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań.” Zastanówmy się nad pewną bardzo specyficzną konsekwencją wynikającą z efektu synergii w dziedzinie kontaktów interpersonalnych. Współpracując z ludźmi osiągamy większe korzyści niż gdybyśmy coś robili sami. Dzieje się tak gdy każdy z partnerów doda swój wkład. Każdy zatem powinien być odpowiedzialny za tą swoją działkę np. jakiego projektu, która jest mu przydzielona i oczekiwać, że każdy inny też jest odpowiedzialny za swoją. Jednak moim zdaniem tutaj strefa odpowiedzialności się nie kończy. Prawdziwy efekt synergii jest dużo łatwiejszy do osiągnięcia i jest też większy, jeśli każdy kooperant czuje się odpowiedzialny nie tylko za swój wkład, a także za całość przedsięwzięcia. By tak było musi więc czuć się odpowiedzialny za pracę innych kooperantów. Z początku wydaje się to niedorzeczne. Przyjęło się bowiem uważać, że odpowiedzialność powinna być jasno rozgraniczona i zdefiniowana. Wcale nie neguję takiego podejścia, ale tylko jeśli mam na myśli odpowiedzialność prawną. Oczywistym jest, że w prawie musimy mieć jasny podział odpowiedzialności. W przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie wyegzekwować pożądanych zachowań od jednostek nie mających wewnętrznej do nich motywacji. To paraliżowałoby życie społeczne.
Mówiąc jednak o współodpowiedzialności w celu osiągnięcia efektu synergii, mam na myśli jednokierunkowe poczucie odpowiedzialności (bez wymagania jej od innych stron). Pomyślmy co by się stało, jeśli przy tworzeniu np. samochodu każdy projektowałby swoją działkę bez uwagi na efekt końcowy. Dochodziłoby do serii konfliktów i nieporozumień. Dlatego takie projekty są koordynowane, a projektanci muszą trzymać się wytycznych narzuconych przez szefa projektu. Przy wielu tego typu projektach wzgląd taki jest egzekwowany za pomocą reguł i norm. Jednak w życiu mamy często sytuację gdy nie stosujemy współodpowiedzialności, bo nie zauważamy jej istotnej roli. Pomyślmy o zwykłych codziennych sytuacjach, takich jak prowadzenie samochodu. Kierowca jest odpowiedzialny za bezpieczną podróż, ale współpasażerowie także mają na to olbrzymi wpływ. Powinni stworzyć atmosferę sprzyjającą skupieniu się kierowcy. Powinni także reagować gdy kierowca narusza zasady bezpieczeństwa – czyli właśnie przejmować odpowiedzialność za końcowy efekt. Gdy przyjrzymy się wszelkim sytuacjom w życiu codziennym, w pracy, na ulicy, w szkole – wszędzie odnajdziemy takie elementy niezbędnej współodpowiedzialności. Czasami jest ona oczywista i wyraźna, a czasami trzeba się głębiej przyjrzeć by ją odnaleźć. Jednak to tam właśnie najbardziej opłaca się jej szukać. Ponieważ jeśli jej nie widzimy to oznacza, że do tej pory robiliśmy coś nieefektywnie i znalezienie jej pozwoli nam bardzo szybko uzyskać lepsze rezultaty.
Napisane w Społeczny ja | Otagowane ludzkość, pomysły, poszukiwania, społeczeństwo, synergia | Zostaw Komentarz »
W moich rozważaniach nad motywacją natknąłem się na bardzo mylącą rzecz. Przyjęło się uważać, że jeśli będziemy dostatecznie dużo oczekiwać od życia to życie odwdzięczy się tym tego oczekujemy. Jeśli będziemy wystarczająco mocno zmotywowani to osiągniemy wszystko. Dzisiaj odpowiedziałbym na to: Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego jak wiele oczekujemy i czy te nasze oczekiwania są prawidłowo wyrażone. Wyobraźmy sobie biegacza, który regularnie trenuje i ma wysokie oczekiwania względem siebie. Mianowicie założył sobie, że co miesiąc będzie pobijał swój życiowy rekord. Od razu widać, że takie oczekiwanie nie jest na dłuższą metę utrzymywalne. Z początku idzie łatwo, ponieważ bardzo szybko widać pierwsze postępy. Jednak w miarę upływu czasu biegacz ten przekonuje się, że bywają dni lepsze i gorsze, a forma fizyczna polepsza się i pogarsza bez wyraźnych przyczyn. W końcu dojdzie on do punktu w którym będzie musiał uznać, że jego oczekiwania są nierealne, lub zniechęcony zaprzestanie treningu.
Niestety zauważyłem, że w moim życiu bardzo często zachowuję się jak taki biegacz. Nie mam sprecyzowanych celów, a jedynie kierunki w których chciałbym się poruszać. Na pytanie ile chciałbym zarabiać odpowiadam – więcej. Ile chciałbym wiedzieć? Więcej. Ile chciałbym zwiedzić? – Więcej itd. Oczekiwania te są oczywiście tyle niedoprecyzowane co nieutrzymywalne. W rzeczy samej brak konkretnej odpowiedzi na takie pytania prowadzi do zatarcia motywacji. Pomijając w tej chwili inne ograniczenia jakie zatrzymują mnie – bezzasadne oczekiwanie „więcej, ale na pewno nie mniej” wręcz zniechęca do wysiłków.
Wracając do biegacza – wyobraźmy sobie jego ulepszoną wersję. Tym razem biegacz ten przyjął realne i konkretne założenie wyniku jaki chce osiągnąć. Trenuje ciężko by dopiąć swego i albo to osiąga albo jest zmuszony skorygować swe oczekiwanie w dół. Pytanie jakie się jednak nasuwa brzmi: Co dalej, jeśli biegacz osiągnie zadany sobie wynik? Oczywiście może zadowalać się utrzymywaniem w odpowiedniej formie, ale intuicyjnie wiemy, że utrzymywanie dokładnie takiej samej formy nie jest realne. Musi ona się polepszać i pogarszać więc dlaczego nie przyjąć nowego, wyższego celu? W ten sposób znajdujemy się albo w ślepej uliczce (wynik osiągnięty i koniec treningów) albo z powrotem w sytuacji pierwszej (ciągłe podwyższanie celów w nieskończoność, tym razem w formie metody kija i marchewki).
Widzimy na tym przykładzie, że o ile sytuacja druga jest lepsza od pierwszej, to jednak nie jest dobrym rozwiązaniem w dłuższym terminie. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem problem leży nie w tym gdzie postawimy sobie poprzeczkę, ale w tym, że chcemy ją za wszelką cenę stawiać. Wynik jaki osiągamy (w jakichkolwiek jednostkach go nie mierzyć) jest jedynie skutkiem naszych działań. Wynik na mecie jest skutkiem treningu, a nie odwrotnie. Złapałem się na tym, że często stawiam sprawy na głowie właśnie przedstawiając sobie skutek jako przyczynę (pracuję bo chcę zarabiać, biegam bo chcę być w formie itd.). Czy jednak tak musi być? Moim zdaniem nie. Najpiękniejsze w czynnościach, które uwielbiam wykonywać jest samo ich wykonywanie. Jeśli naprawdę czegoś chcę to cieszę się na samą myśl, że mnie to czeka. W ten właśnie sposób odróżniam to co mnie pasjonuje od tego do czego jestem zmuszony. Nie przyszłoby mi do głowy ustanawiać sobie poprzeczek w czynnościach których wykonywanie jest dla mnie czystą radością. Niemniej – jeśli zauważam w nich swój postęp – cieszę się jeszcze bardziej. W żadnym zaś razie brak takiego postępu nie zraża mnie do ich wykonywania, a co najwyżej do przemyślenia sposobu w jaki je wykonuję.
Oczywiście są sytuacje w których postawienie sobie poprzeczki jest niezbędne. Czasami gonią nas terminy, oczekiwania, zobowiązania. Nie pozwólmy jednak by wszystko co robimy było robione pod takie dyktando. Cała sztuka polega na właściwym sformułowaniu swojej motywacji. Jasne i przejrzyste cele motywują nas do działania, ale cele źle postawione mogą nad z tego działania odebrać całą przyjemność.
Tak zatem tłumaczę przewrotny tytuł. Jeśli podejmujemy jakieś działanie tylko i wyłącznie ze względu na oczekiwany konkretny wynik, a nie pasję i przyjemność – odbieramy sobie tą przyjemność utrudniając osiągniecie wyniku, a kiedy już go osiągniemy to będzie to puste zwycięstwo w wyniku którego znajdziemy się w pustym zaułku lub wyścigu szczurów.
Napisane w Motywacja | Otagowane cel, Motywacja, poszukiwania celu, praca nad sobą, rozwiązania | Zostaw Komentarz »
Mechanizm podejmowania decyzji nie jest trudny do zgłębienia. Decyzjami kierują nasze emocje. Jeśli nasza „emocjonalna aparatura” działa bez zakłóceń to jesteśmy w stanie podejmować decyzje krótko i długoterminowe zgodnie z tym co uważamy za słuszne. Bardziej ciekawi mnie mechanizm wdrażania tych decyzji w życie. Często jest tak, że mimo wiedzy o dobrych skutkach danego postępowania nadal nie jesteśmy w stanie wdrożyć decyzji o jego podjęciu. W miarę prosto da się to wytłumaczyć w przypadku nałogów. Rzucenie palenia jest trudne. Palacz wie, że sobie szkodzi, że palenie pogarsza jakość jego życia, a jednak trudno mu wdrożyć decyzje o zmianie swego postępowania. Można to tłumaczyć fizycznym i psychicznym uzależnieniem od substancji i rytuału i w ten sposób problem rozwiązać. Niestety wiele więcej decyzji przed którymi stoimy każdego dnia nie poddaje się takiemu prostemu wytłumaczeniu. Odchudzanie, nauka języków obcych, pójście do dentysty, oszczędzanie zamiast zadłużania się i wiele innych. Okazuje się, że sama wiedza o niekorzystnym wpływie status quo nie wystarcza do jego zmiany. Odkrycie banalne, ale pozwala nam przyjrzeć się bliżej tej „niemocy”.
Klucz leży nie tyle w samej decyzji co w zmianie paradygmatu. Przesunięcie od „dobrze by było, gdyby było inaczej” do „co powinienem zrobić by było inaczej”. W pierwszej wersji po prostu uznajemy fakt, że nie jest tak jakbyśmy chcieli. Jednak nie robimy nic by to zmienić. Być może tłumaczymy to niedostatkiem zasobów takich jak czas lub pieniądze, a być może czekamy na jakiś opad losu, który postawi nas w żądanej sytuacji bez żadnej inicjatywy z naszej strony.
W ten sposób docieramy do dwóch granic, które uważam za kluczowe w motywowaniu siebie. Pierwszą granicą jest wspomniane wcześniej uznanie stanu bieżącego za niekorzystnego i identyfikacja stanu pożądanego. Po przejściu tej granicy człowiek odczuwa napięcie ponieważ uświadomił sobie, że jego położenie nie jest takie jakiego by oczekiwał. To napięcie osiąga różne natężenie. Może to być lekkie, pojawiające się od czasu do czasu wyobrażenie o stanie pożądanym, któremu towarzyszy westchnienie. Może to być bardziej intensywna irytacja i odpływanie w marzenia. Napięcia te pogarszają nasze samopoczucie i często powodują pogorszenie relacji z najbliższymi (tym bardziej, jeśli ich bezpośrednio dotyczą).
Podjęcie konkretnego działania i próba złagodzenia napięcia wymaga przekroczenia drugiej granicy. Jest to granica „nigdy więcej”. Po osiągnięciu tego punktu człowiek jest zdeterminowany i rozpoczyna działanie. Dlaczego nazywam to granicą, a nie po prostu podjęciem decyzji? Ponieważ chcę uchwycić płynność tego zdarzenia i podatność na wiele czynników zewnętrznych. Podjęcie decyzji sugeruje, że osiągnęliśmy pewien stan, dojrzałość do niej. Przekroczenie granicy następuje czasami w nieoczekiwanych momentach. Tutaj dochodzę to trzeciego ważnego punktu: Wyzwalacza zmian.
Wyzwalacz zmian to zdarzenie, okazja, szansa, uświadomienie sobie czegoś, wszystko to co popycha nas do działania. Często wyzwalaczem jest okazja. Okazję rozumiem jako stanięcie przed wyborem, którego jedną z możliwych alternatyw jest ułatwione przejście do stanu pożądanego. By okazja mogła stać się wyzwalaczem, musi być dostatecznie atrakcyjna by dosięgnąć nas na kontinuum dwóch decyzji. Czasami, jeśli napięcie wywołane stanem niepożądanym nie jest dostatecznie duże, stosunkowo atrakcyjna okazja nie stanie się wyzwalaczem. Innym razem, gdy będziemy o krok od osiągnięcia drugiej granicy, wyzwalaczem może być okazja o wiele mniejszej potencjalnej sile wyzwalania zmian.
Teraz, gdy mniej więcej wiemy jak to działa, należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego tak wielu ludzi nie przeprowadza konsekwentnie zmian w swoim życiu. Powyższy teoretyczny opis nie oddaje trudności z jaką ludzie przechodzą te dwie granice. Pierwsza granica to przeważnie konieczność przyznania się do porażki. To nikomu nie przychodzi łatwo. To także wytworzenie napięcia, które łatwiej jest stłumić lub odsunąć (za pomocą alkoholu, hobby, zaprzeczenia, usprawiedliwiania się itd.) niż przejść do szukania dróg do lepszego życia. O ile jednak pierwsza granica zostanie osiągnięta, to droga do drugiej jest o wiele dłuższa, a samo osiągnięcie jej bardziej problematyczne. Wiąże się to często z pójściem pod prąd. Złamaniu stereotypów, przekroczenia barier społecznego przyzwolenia, status quo. Do tego już potrzeba albo wielkiej determinacji, albo wielkiej siły. Skąd przecież wziąć tą siłę, skoro przez całe życie tkwiło się w marazmie, poddając się losowi?
Napisane w Poszukiwania siebie, Wolność | Otagowane emocje, kontrola, podejmowanie decyzji, pomysły, praca nad sobą, proaktywność, Wolność, wybory | Zostaw Komentarz »
Postanowiłem spróbować medytacji. Pierwsze co zauważyłem to: hałas. W książce o medytacji vipassana, którą czytałem ostrzegano, że każdy początkujący na początku przygody z medytacją dostaje „małpiego rozumu”. Z pierwszymi oznakami wyciszenia w naszych skołatanych głowach nadchodzą głosy i obrazy bez żadnego porządku. Słyszy się głosy ludzi, słyszane podczas całego dnia, a często z odległej przeszłości, urywki zdań, całe wypowiedzi. Ten hałas początkującym nie tylko uniemożliwia medytowanie – zazwyczaj jest on powodem zarzucenia dalszych ćwiczeń. Jak tu się wyciszyć jeśli mózg zamiast się wyciszyć „podgłaśnia się”.
Patrząc na to z drugiej strony dopiero po takim doświadczeniu możemy zobaczyć (usłyszeć) jak skołatane i zabałaganione są nasze mózgi. Dziesiątki spraw, często nieskończonych, setki spotkanych ludzi, mnóstwo problemów, rozmów i zarzuconych myśli. To wszystko gdzieś tam zostaje i próbuje dostać się na powierzchnie, by móc zostać przemyślanym, rozważonym. Jednak życie jest szybkie i brutalne. Nie przetrawiamy tego wszystkiego, zagłuszamy to następnymi rozmowami, sprawami, spotkaniami, a te z kolei jeszcze następnymi. Tego właśnie można doznać próbując medytacji. „Małpi rozum” to właśnie jest wysypisko spraw porzuconych w biegu, które nie pozwalają nam na osiągnięcie spokoju. Chyba, ze przez zagłuszanie innymi sprawami, alkoholem, muzyką, czymkolwiek. To nie tylko sprawia, że nie jesteśmy w stanie doznać życia na najbardziej podstawowym poziomie (przywalonym tysiącem śmieci), to także zmusza nas do jeszcze szybszego biegu i jeszcze bardziej nerwowego poszukiwania jakiegoś sensu.
Chciałbym napisać co jest dalej, ale póki co jestem na pierwszym, podstawowym poziomie. Próbuję przeczekać mój „małpi rozum” ponieważ podobno walka z nim jest beznadziejna. Tymczasem zauważyłem duże polepszenie się zdolności koncentracji.
Zachęcam do 20 minut wyciszenia. Zamiast telewizora, komputera, książki nawet. 20 minut sam na sam z samym sobą może czasami doprowadzić nas do zaskakujących wniosków.
Napisane w Poszukiwania siebie, Tożsamość | Otagowane emocje, poszukiwania, poszukiwania celu, praca nad sobą | Zostaw Komentarz »
Istnieje pewna przestrzeń, która jest kluczowa dla naszej wolności. Na pierwszy rzut oka to jest chwila, ale gdy o tym pomyślę, to widzę ją bardziej jako stan, niż okres czasu. Pojęcie tej przestrzeni wytworzyło się u mnie pod wpływem książki Seven habits of highly effective people. Oczywiście żadnej idei nie da się przyswoić po prostu ją czytając. Musi ona znaleźć odpowiednie miejsce w naszej głowie, dojrzeć tam i wpasować się w pozostałe myśli, tak byśmy mogli ją przyjąć i w pełni zrozumieć.
Kto czytał książkę pewnie wie już o czym piszę, ale to co napiszę dalej jest moim własnym rozwinięciem tego pomysłu. Chodzi o uzmysłowienie sobie faktu, że pomiędzy każdym bodźcem a odpowiedzią na niego istnieje maleńka przestrzeń. Czasami w kategoriach czasu ta przestrzeń jest nie do zauważenia. Kiedy pojawia się nagłe zagrożenie (np. na drodze podczas prowadzenia samochodu), czas naszej reakcji jest liczony w milisekundach, a nam się wydaje, że reagujemy „natychmiast”. Oczywiście w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia najlepiej jest jeśli ten czas jest krótszy, a zakres reakcji jak najwęższy, przy jednoczesnym założeniu, że nasza reakcja będzie prawidłowa (co często nie jest oczywiste i wymaga długiego treningu). Jednak większość decyzji jakie podejmujemy na co dzień nie dotyczy bezpośredniego zagrożenia zdrowia. Są to zwykłe decyzje typu czy posmarować kromkę chleba masłem, czy położyć na nią tłusty kawałek baleronu itp. Niestety często te zwykłe decyzje traktujemy tak samo jak te zagrażające nam życiu – dokonujemy całkowicie mechanicznych wyborów bez kontemplacji ich następstw. Tak się dzieje w domu, w pracy, w relacjach międzyludzkich czy wreszcie podczas wyboru własnego nastroju na najbliższy wieczór (tak, tak, to też jest kolejny bezmyślny automat). Odbywa się to na zasadzie: Coś mnie zdenerwowało więc jestem zdenerwowany. Ten facet jest taki wkurzający, że zepsuł mi nastrój na cały dzień. W tych warunkach nie da się pracować. Ręce mi opadają jak na ciebie patrzę. Ludzka kreatywność w zakresie wynajdowania takich mechanizmów jest godna podziwu.
Teoria przestrzeni między bodźcem a reakcją mówi, że te mechanizmy są zupełnie sztuczne, a swoje istnienie zawdzięczają tylko nam samym. Jesteśmy zbyt leniwi by zatrzymać ten automat i skorzystać z wielkiej szansy jaką reprezentuje ta decydująca chwilka. W kategoriach czasu może to być zarówno sekunda jak i godzina, nie ma to znaczenia dla kogoś, kto i tak korzysta z tego samego wyuczonego mechanizmu (pamiętacie piosenkę Republiki „Psy Pawłowa”?), jednak w kategoriach horyzontalnego zakresu możliwych opcji, istnieje wielka różnica, gdzie wielość takich opcji niewątpliwie ma potencjał przejścia w jakość samej decyzji (reakcji). Innymi słowy osoba z niewielką przestrzenią bodziec –reakcja w odpowiedzi na np. „nierozumne” zachowanie partnera ma:
a) zrugać go
b) wyjść trzaskając drzwiami
Osoba z dużą horyzontalną przestrzenią bodziec – reakcja może:
a) jedna z powyższych opcji
b) próbować zrozumieć motywy takiego zachowania
c) wytłumaczyć swoje uczucia w sposób spokojny, nie wywołujący dalszego łańcucha negatywnych reakcji
d) inne warianty ograniczone tylko wyobraźnią.
Widzimy zatem jak przestrzeń bodziec – reakcja może wpłynąć na nasze życie. Jak zatem wykorzystać tą wspaniałą możliwość? Z początku wydaje się to być bardzo idealistycznym podejściem – nierealnym w rzeczywistym świecie, gdzie rządzą nasze emocje. Tymczasem w tym właśnie leży klucz. Przestrzeń bodziec – reakcja pozwala nam przejąć kontrolę nad emocjami, a nie odwrotnie.
Jak poszerzać swoją przestrzeń bodziec – reakcja? Poprzez myślenie. Złamanie każdego mechanizmu wymaga uwagi i innych mechanizmów gotowych do zastąpienia starego schematu. Takie nowe mechanizmy nie powstaną spontanicznie. Należy „na sucho” wyobrazić siebie w różnych sytuacjach przeszłych i przyszłych i zastanowić się: Jakie miałem – będę miał wyjścia. Czy można zareagować inaczej? Jaka reakcja byłaby lepsza od tej, która nasuwa mi się jako pierwsza? Początkowo niewielki obszar zacznie rosnąć i pęcznieć, aż zdamy sobie sprawę z oceanu różnych dróg jakie przed nami stoją. Czy nie tak właśnie wyobrażamy sobie wolność?
Kolejnym pomocnym punktem jest już całkiem dobrze udowodniona teza, że każda podejmowana decyzja w naszym życiu ma podłoże emocjonalne. Nawet wybory, które wydają się całkowicie logiczne i niezwiązane z emocjami jak np. wynik działania matematycznego, rodzą się za pomocą emocji (prawidłowy wynik na najbardziej podstawowym poziomie bardziej się nam „podoba”). Jeśli zatem każda decyzja ma związek z emocjami, to wszystko co musimy zrobić to „nafaszerować się” pozytywnymi emocjami, oczyścić się z niszczącego działania negatywnych uczuć takich jak zawiść, nienawiść, stres itp.
Osiągnięcie takiego zadania to nie lada wyczyn i pewnie nie udało się to nikomu w 100%, ale każdy krok w dobrą stronę wywrze ogromny wpływ na jakość życia.
Napisane w Poszukiwania siebie, Wolność | Otagowane czas, emocje, kontrola, podejmowanie decyzji, praca nad sobą, proaktywność, reaktywność, Wolność, wybory | Zostaw Komentarz »
Nasza „demokracja” jest nią tylko z nazwy. Po pierwsze w wyborach decyduje zazwyczaj jakieś 20-30% ogółu społeczeństwa (uprawnieni do głosowania minus niegłosujący). Po drugie listy wyborcze są tworzone odgórnie przez ludzi, którzy są już u władzy i tylko zmieniają barwy partyjne. Po trzecie Bez machiny partyjnej, która promuje karierowiczów i chamów, nie ma szans na przebicie się do władz (chyba, że jako niezależny rodzynek bez żadnej siły przebicia). Po czwarte dzisiaj o wyniku już i tak zawężonych wyborów decydują specjaliści od PR, czyli magicy socjotechnik lasujący mózgi telewidzów (95% populacji). Nie istnieje wybór pomiędzy programami wyborczymi (wyborcy ich nie czytają), spór w kampanii toczy się o ceny jabłek, a niezależnie od wybranej opcji kierunek jest ustalony z góry (np. kierunek UE). Partie, które nie zgadzają się z kierunkiem są wykluczane przez dziennikarzy i innych polityków z życia publicznego. Bez zaistnienia w życiu publicznym nie ma możliwości zmiany kierunku.
Wyższość narodu została zastąpiona wyższością kultury i „kierunku”. Właśnie dlatego wprowadzamy i finansujemy wprowadzanie tzw. demokracji wszędzie tam, gdzie to się jeszcze nie udało. Wychodząc z założenia, że nasz ustrój jest najlepszy na świecie, a nasza kultura prawna społeczna najbardziej rozwinięta, najeżdżamy zbrojnie lub izolujemy ekonomicznie bądź politycznie kraje nie chcące się przystosować (np. Iran, Białoruś, Kuba). Wróg dzisiaj nazywa się „terroryzm”. Podobnie jak w propagandzie komunistycznej wroga widać tylko w wiadomościach. Nikt nigdy terrorysty nie widział, ale bardzo się go boi. Dlatego od 13 kwietnia 2009 r. UE wprowadza kontrolę wszystkich emaili i rozmów przeprowadzonych przez Internet (rozmowy przez telefony stacjonarne i komórkowe już są rejestrowane od jakiegoś czasu). Wroga można rozpoznać po śniadej cerze. Oczywiście obezwładnienie go natychmiast byłoby krokiem zbyt pochopnym, ale szybkie oddalenie się i powiadomienie władz jest jak najbardziej wskazane. Obrona kraju, narodu i kulturowych wartości wymaga jedności w społeczeństwie, dlatego godzimy się ochoczo na ograniczenia naszych wolności.
Nikt dzisiaj (nawet prawnicy) nie jest w stanie objąć regulacji i przepisów jakie na co dzień trzymają nas w ryzach. Prawnicy muszą się wąsko specjalizować, żeby móc być obeznanymi chociaż w swoim zakresie zagadnień prawnych. Same przepisy podatkowe to gąszcz, który obejmuje każdą dziedzinę życia. Życie w przeregulowanym społeczeństwie wprowadza permanentny niepokój i obawę. Wszechwładne urzędy skarbowe i ZUS-y sieją postrach, patrząc na każdego obywatela jak na potencjalnego przestępcę. Jedno jest pewne: każdy z nas dzisiaj, wczoraj lub przedwczoraj w jakiś sposób złamał prawo. Jeśli niemożliwe jest życie bez łamania prawa to jedynym sposobem by uniknąć kary jest pozostawać niezauważonym przez organy ścigania. Tym właśnie charakteryzuje się państwo totalitarne.
Jeśli coś w międzyczasie nie wyjdzie to za każdym razem jest to powód by zwiększyć regulacje a winą obarczyć resztki wolności jakimi się jeszcze cieszymy. Przykładem jest obecny kryzys do którego doprowadzono lekkomyślną polityką ingerującą w prawa wolnego rynku, ale jako lekarstwo oferuje się dalsze jego ograniczanie.
Nienawiść i pogarda dla innych kultur i stylów życia jest głoszona cały czas przez środki masowego przekazu. Kiedyś potrzebą wojenną był przemysł ciężki i zbrojeniowy. Dzisiaj kładzie się nacisk na miękkie działania wojenne, takie jak wywiad, inwigilacja, grupy uderzeniowe, kontyngenty wojskowe. O wiele łatwiej i taniej jest zmylić ludność lokalną by sama połknęła haczyk niż, tak jak to robiono w pierwsze połowie XX, wpychać haczyk na siłę komuś do gardła.
Faszyzm zmienił imię i ma się coraz lepiej. Korporacje ręka w rękę z aparatem przymusu państwowego monopolizują globalną gospodarkę. Ceną jest skażone środowisko i produkty, które na siłę przystosowuje się do logistycznych wymogów korporacji (chemiczne wydłużone terminy ważności by produkt przetrwał długą drogę do hipermarketu, genetycznie modyfikowane rośliny by lepiej je było uprawiać mechanicznie i seryjnie, fermy drobiowe, których produktem jest twór mięsopodobny itp.). Lokalna przedsiębiorczość i spontaniczna ludzka kooperacja są podkopywane przez socjalne systemy solidarności społecznej i absurdalną redystrybucję dochodów, które stanowią coraz większy ciężar dla społeczeństw. Redystrybucja to oczywiście slogan mający na celu ukrycie prawdziwego celu opodatkowania – dostarczenia pożywki dla pasożytniczej klasy biurokratów i polityków. Jeśli przy okazji sprawia, że ludzie pracują od rana do nocy by móc po opłaceniu danin publicznych utrzymać swe rodziny to jest to jak najbardziej w interesie systemu.
Podstawowym błędem zwykłego człowieka jest to, że daje sobie za każdym razem wmówić, że władza wie lepiej.
Napisane w Wolność | Otagowane demokracja, kontrola, moralność, polityka, społeczeństwo, wybory | Zostaw Komentarz »
Ostatnio myślałem trochę o celach jakie sobie stawiamy i decyzjach o wyborze kierunku w którym chcemy podążać. Zawsze kiedy myślałem o zrównoważonym oddziaływaniu na otaczającej nas środowisku, wykluczałem z tego obrazu przemoc. Wydawało mi się, że jeśli podejmujemy słuszne decyzje przemoc musi być wykluczona jako zła z natury. Tak byłoby gdyby światem rządziło „boskie przeznaczenie”, a bieg wypadków jest z góry ustalony, a takie myślenie jest jednym z reliktów pokrętnej chrześcijańskiej logi, który należy tępić i wykorzeniać. Świat nie jest ułożony wg żadnego boskiego porządku. Dobra i słuszna droga nigdy zaś nie jest usłana różami. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcesz coś przeprowadzić według własnej woli, musisz walczyć. Walka to przemoc. Przemoc, którą rozumiem jako nadawanie rzeczywistości swojego własnego piętna. Bynajmniej nie chodzi mi o agresje, ani o przemoc szkodliwą dla kogokolwiek. Wyobraźmy sobie człowieka doskonale łagodnego, który brzydzi się przemocą do tego stopnia, że nie jest w stanie niczego zmienić. Nie może narzucić swojej woli nikomu, a często po prostu bycie obecnym jest jakąś formą narzucania czegoś (np. norm zachowania się). Tak więc człowiek pozbawiony tak rozumianej zdolności do przemocy byłby powietrzem, przeźroczystym bytem nie do zauważenia. Kluczowe w tym rozważaniu jest rozdzielenie pojęcia przemocy od kontinuum dobra i zła. Czy istnieje dobra przemoc? Oczywiście że tak. Dobrą przemocą jest w moim przekonaniu uświadomienie komuś wyborów jakie przed nim stoją. Jest sprawienie by podupadająca firma stała się kwitnącym przedsiębiorstwem. Rozumiem to jako formę przeciwstawiania się rzeczywistości i „naturalnemu” biegowi wypadków (który w tym rozumieniu jest po prostu czymś co się stanie jeśli nie zainterweniujemy). W tym sensie naprawa samochodu też jest przemocą. Jak najbardziej pozytywną.
Wracając do podejmowania decyzji. Uświadomienie sobie konieczności istnienia pierwiastka przemocy w każdej próbie zmiany rzeczywistości jest bardzo istotne. Wyobraźmy sobie, że mamy wspaniałą wizję jakiegoś przedsięwzięcia, może weźmy jakiś realny przypadek – WOŚP. Naturalnym stanem rzeczy jest „nie-WOŚP”, czyli brak takiej fundacji i akcji w Polsce. Wyobraźmy teraz sobie ile barier w ludzkich głowach należało połamać, ile przejść pod prąd by utworzyć WOŚP. To jest dokładnie to o czym piszę tutaj, i nazywam to z premedytacją przemocą. Piętno jakie masz zamiar odcisnąć na świecie musi być jednak efektem świadomego działania i decyzji, a nie przypadku i płynięcia z prądem. Jeśli będę zachowywał się tak jak wszyscy, robił i myślał to co wszyscy – niczego nie zmienię i nie zostanę zauważony. Jeśli będę świadomie próbował zmienić rzeczywistość – będę musiał pokonywać bariery i kształtować rzeczywistość według siebie. Często robimy rzeczy, których wynik jest daleki od tego co byśmy chcieli. Nakrzyczymy na partnera bo „nic nie rozumie”. Z jednej strony wydaje nam się, że działamy w słusznej sprawie uświadomienia mu czegoś – efektem jest brak zrozumienia między nami i jeszcze większy opór jaki stawia partner. Mamy tutaj wszystko o czym pisałem wcześniej, ale w wersji gdzie rzeczy poszły źle. Stan niepożądany – przemoc – stan niepożądany. Dlaczego? Ponieważ działanie było nieświadomym pójściem na łatwiznę. Próbą naprawienia drugiego człowieka prostym wciśnięciem guzika, czy też wypowiedzenia kilku magicznych zaklęć odpowiednio głośno by wzmocnić efekt. Cały nasz wysiłek idzie wtedy w to wzmocnienie efektu, wynajdowanie coraz lepszych argumentów na to jak bardzo druga strona jest nieświadoma, naiwna, nierozumna czy jeszcze tam coś innego. Jak należałoby tutaj zastosować przemoc? Przedewszystkim na sobie. Zmusić się do opanowania własnej reakcji agresji i gniewu oraz chęci natychmiastowego naprawiania partnera. Drugim krokiem musiałaby być próba nawiązania porozumienia, czyli wymiany prawdziwych motywów naszego postępowania. Rozwiązanie problemu może leżeć w prostym wyjaśnieniu sobie kilku spraw, nie jest to łatwa droga i wymaga więcej wysiłku, ale też o wiele więcej można nią zmienić – jest to przemoc bardziej efektywna.
Drugim bardzo ważnym czynnikiem w tej materii jest konsekwencja. Jeśli zamierzamy coś zmienić i odcisnąć to piętno na rzeczywistości – musimy liczyć się z barierami i sprzeciwem ludzi. Musimy się z nimi liczyć, ale nie wolno nam im ulegać. Oczywiście należy wysłuchać kontrargumentów i przemyśleć je w swojej głowie, ale jeśli uznamy, że nie są słuszne, należy to otwarcie powiedzieć i dalej przeć w swoją stronę. Będzie to sprawiało problemy, będziesz uznany za kłopotliwego człowieka, mąciwodę, krzykacza, może nawet burzyciela porządku, dywersanta. Jakkolwiek nie będą chcieli cię nazwać, wolno ci słuchać tylko rzeczowych argumentów. Tutaj pojawia się konsekwencja jako kluczowy wskaźnik tego czy jesteś mąciwodą czy prawdziwym liderem zmian. Jeśli będziesz zmieniał zdanie, wahał się bez wyraźnego powodu, rezygnował bez podania przyczyn, jedyne co osiągniesz to zamieszanie i spadek zaufania do ciebie w przyszłości. I odwrotnie. Jeśli będziesz konsekwentny, rzeczowy i będziesz robił do końca to co uważasz za słuszne – ludzie uznają cię za kogoś godnego zaufania i uwagi, ale to nie jest cel – a jedynie efekt uboczny.
Tak więc świadome i konsekwentne stosowanie przemocy jest kluczowe dla ludzi czynu. Pamiętajmy, że wiele z rzeczy, które dziś uważamy za wielkie osiągnięcia naszej cywilizacji, kiedyś były przestępstwami. Wielcy ludzie też zazwyczaj byli burzycielami porządków by potem ich przykład mógł stać się kanonem porządków nowych. Nie nawołuję tutaj do mieszania dla samego mieszania, ale do mieszania bez zahamowań, gdy jesteśmy przekonani co do własnej słuszności.
Napisane w Poszukiwania siebie, Wolność | Otagowane cel, kontrola, podejmowanie decyzji, praca nad sobą, proaktywność, przemoc, reaktywność, Wolność, wybory | Zostaw Komentarz »
Oczywiście wszyscy znamy historię kuszenia Ewy przez szatana a potem Adama przez Ewę. Ja zapytałem się siebie co takiego oferuje nam Ewa dzisiaj? Dlaczego ta historia jest taka nośna, że przez tyle tysięcy lat przetrwała? Żebym mógł odpowiedzieć sobie na te pytania, przeanalizuję symbole występujące w tej historii. Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa brzmi: Czy wąż jest zły? Czy z punktu widzenia wolnej woli, samoposiadania i ciekawości wąż jest złym charakterem w tej przypowieści? Wydaje mi się, że nie do końca. Jeśli spojrzymy na sytuację tych dwojga zamkniętych, nieświadomych, ale opływających w dostatek ludzi, widzimy coś, czymś nie chcielibyśmy się stać we własnym życiu. Propozycja węża jest dla mnie nie tyle kusząca, co wręcz porywająca. Nasuwa mi się blue i red pill z Matrixa. Z jednej strony mamy do wyboru cierpienie, wolność, wiedzę do których prowadzi ciekawość. Drugim wyborem jest nieświadomość, niewola, ale też wygoda i „słodka ignorancja” do których prowadzi posłuszeństwo i trzymanie się narzuconych przez „górę” schematów. Czy komuś przyszłoby do głowy potępiać Morfeusza za przedstawienie Neo wyboru? Mamy tutaj do czynienia z podstawowymi paradygmatami naszej cywilizacji, nauki i kultury. Wolność, nauka i świadomość kontra niewola i ciemnota. Bóg w przypowieści gra rolę dobrego faceta, który jednak chce mieć posłuszne narzędzia w osobach swoich stworzeń, a nie wolne jednostki. Czymś zupełnie innym jest jednak ocenianie opcji jakie zostały przedstawione Ewie od próby oceny motywów jakimi się kierowała. Moje robocze hipotezy są takie: 1. Wąż wybrał Ewę ponieważ wiedział, że łatwiej ją będzie nakłonić do skosztowania jabłka. 2. Wężowi zależało by ludzie skosztowali jabłko. Myślę, że wąż celowo wybrał Ewę. Pamiętajmy jednak, że ludzie nie do końca byli świadomi. Jak mówi pismo nie potrafili odróżniać dobra od zła. Być może dlatego wąż musiał uciec się do fortelu by nakłonić ich do przekroczenia granicy. Teoretycznie mógł przedstawić tą opcję obojgu i pozwolić im się naradzić. Widocznie obawiał się, że to nie doprowadziłoby do pożądanego przez niego rezultatu. Powodowana więc ciekawością Ewa podaje Adamowi jabłko. Opór Adama nie będzie już taki mocny. Teraz, gdy Ewa już zjadła swoją część zaangażowane są też i jego emocje. Zje jabłko, co zresztą wyjdzie im obu na dobre. Tak zwany grzech pierworodny jest pierwszym prawdziwie ludzkim aktem wyzwolenia się i decyzji o własnym losie. Powinien być świętowany i fetowany w religii, która tak często odnosi się do wolnej woli, jaką zostaliśmy obdarzeni. Jaka z tego płynie nauka? Ciekawość to pierwszy stopień do wolności. Nawet jeśli trzeba czasami porzucić swoje sztywne reguły.
Napisane w Brak religii, Wolność | Otagowane dobro, ludzkość, moralność, Wolność, wybory, zło | Zostaw Komentarz »